Pierwszy półmaraton Odjechanej!

Dotychczas przebiegłam w życiu kilka dyszek i raz 12 km. Dziś, czując, że porywam się z motyką na słońce (brak regularnych treningów, doskwierające kolano i takie tam), udało mi się przebiec półmaraton! Do 15 kilometra szło świetnie, utrzymywałam całkiem równe tempo, po czym zbyt nowe buty, obolałe kolana i odmawiające posłuszeństwa stopy kazały mocno zwolnić. Chwilami musiałam przejść do szybkiego marszu, aby znów próbować truchtać. Koniec końców 21,097 w 2:14:47 to całkiem satysfakcjonujący mnie wynik – szacowałam, że potrzebować będę ok 2,5h. Dla Pawła to był pikuś ;-) i skończył bieg z czasem 1:47:44.

Wiecie co jest piękne na biegach zorganizowanych? Doping obcych ludzi! Startowałam trzeci raz w tego typu imprezie i dzisiejsza publiczność była wyjątkowo głośna. Bardzo, bardzo motywowało mnie to do dalszego biegu; zdecydowanie raźniej mi było biec, niż miałabym np. biec z kimś obok całą trasę, jednak bez takiego dopingu. Biegacze! Uśmiechnijcie się, machnijcie do kogoś, kto Wam bezinteresownie i szczerze dopinguje! Ludu dopingujący! Nie bójcie się krzyczeć, bić brawo, machać do biegaczy (bo takich mimo wszystko przewaga) – naprawdę to uskrzydla, pewnie nie tylko mnie!

To, co dzisiaj jest szczytem marzeń, jutro będzie treningiem

Słowa Wujaszka, który niegdyś jako gość po 30-stce z kilkunastoma nadprogramowymi kilogramami, aktualnie przebiega maratony z palcem w nosie, robi dzikie biegi górskie i wygląda 10 lat młodziej. Dziś zatem postanawiam: był półmaraton, w maju będzie maraton. W tygodniu wydrukuję kalendarz, aby mieć gdzie treningi znów odhaczać ;-)

Bieganie jest w głowie

Kiedyś nie wierzyłam Pawłowi, że jeśli chce się przebiec jakiś dystans, to trzeba ułożyć to sobie w głowie. A jednak tak jest. Trzy miesiące temu postanowiłam sobie przebiec połówkę. Ambitnie znalazłam trening i początkowo zakreślałam sobie w pięknym (z założenia motywującym) kalendarzu. Treningi zrobiłam może w 5%, a w kalendarzu przestałam zakreślać po dwóch tygodniach, gdy kolano nie współgrało. Ubzdurałam sobie jednak ten bieg na tyle, że byłam w stanie go pokonać. Na mecie ryczeć mi się chciało z radości! I do tego nasza wierna Czytelniczka, czekająca na mnie na mecie (pozdro Kinga!) :-) I tak: bieganie jest w głowie.

Głowa głową, ale gdyby nie pawłowe zacięcie biegowe (i nie tylko), nie miałabym szans (czyt. motywatora) do takiego dystansu. Sama w siebie zaczęłam wierzyć, gdy ktoś, pomimo odwiecznego słomianego zapału, zawsze we mnie wierzył. Rozpoczynając dzisiejszy bieg, wiedziałam, że go skończę, bo chciałam nim podziękować Pawłowi, za to, że jest. Zawsze i dla mnie. Dzięki Mążu :*

Warto mieć marzenia i je spełniać, o! ;-)

Podobał Ci się ten wpis? Polub, skomentuj, udostępnij - pokaż, że to co robimy, ma sens nie tylko dla nas ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *