Kuba 2013 Nasze podróże Polecamy

Cayo Coco – plażowania ciąg dalszy

W Cayo Coco byliśmy cztery dni. Cztery dni plażowania, wylegiwania się, zwiedzania wszystkich pobliskich plaż. Niesamowity widok białego piasku i przeźroczystej wody, która na długości nawet kilkunastu metrów ciągle sięgała do kostek, powodowały że byczenie się na plaży było całkiem przyjemne (generalnie nie cierpię leżeć bezczynnie w ostrym słońcu).

Do Cayo dojechaliśmy z Trinidadu. Kobieta, u której nocowaliśmy, załatwiła nam transport. Dzień przed wyjazdem podjechał bardzo ładnym, wyjątkowo zadbanym samochodem pewien mężczyzna. Nauczeni różnymi doświadczeniami na Kubie, dla pewności kilkakrotnie pytaliśmy kobietę, czy dokładnie tym samochodem będziemy jechać. Oczywiście przytakiwała. Jakże wielkie byłoby nasze zdziwienie, gdyby nazajutrz faktycznie podjechał ten sam samochód… Skoro świt przyjechała znacznie starsza i ewidentnie życiem zmęczona stara limuzyna, a w nim brat mężczyzny, z którym mieliśmy jechać. Po dłuższych i bezskutecznych pertraktacjach, wsiedliśmy do czerwonego “coche” i ku naszemu zdziwieniu bezboleśnie dojechaliśmy do Cayo Coco.

Z Moron do Cayo Coco prowadzi wał 27km, zbudowany na morzu mimo licznych protestów ekologów. Długa, prosta, asfaltowa droga a po dwóch stronach woda – widok wręcz obłędny (aczkolwiek nie chciałabym znaleźć się na niej podczas nawet najmniejszego sztormu).

Za wałem wszystkie plaże są szalenie piękne, czyste, zadbane. Mnóstwo kurortów dla turystów, niestety niedostępnych dla znacznej większości Kubańczyków. Zagęszczenie ludzi otyłych było tu niestety zatrważające. All inclusive w hotelu oznaczało kopce przepysznego jedzenia, co dla wielu było jednoznaczne z przesiadywaniem w restauracji przez wszystkie godziny serwowania posiłków. Miało to jednak swoje plusy; wszystkie wieloryby nie plażowały dalej, niż kilkanaście metrów od głównego wejścia, dzięki czemu spacery brzegiem morza były bardzo przyjemne.

Lubisz nas czytać?