Informatyk kontra rodzice

Uwaga! Wpis nie jest przeznaczony dla osób nie mających dystansu do siebie i wszechświata. Zbieżność przedstawionych faktów z rzeczywistością jest nieprzypadkowa.

Czwartek, 13:30. Idziemy z Sońką na basen. Tym razem Arcyżona wchodzi do wody, wiec ja 1800 sekund spędzę za szybą z innymi “połówkami rodziców”. Ci “źli” (głównie ojcowie), podobnie jak ja, po 90 sekundach wyjmują telefony, gazety, laptopy i zanurzają się w ogromie generowanej przez siebie ciszy. Słychać tylko klikanie, przewracanie kartek, czasem chrząknięcie. Co 420 sekund zdjęcie zawartości basenu zrobione telefonem. Błogostan.

Przy dwóch-trzech stolikach zbierają się “dobrzy”. Pierwsze 300 sekund zajmuje przegląd ilości wygenerowanych od ostatniej wizyty na basenie kupek. Po zaraportowaniu ilościowym następuje analiza ich kolorystyki, konsystencji i zapachu. “Dobrzy” są twardzi niczym żołnierze Gromu, bo mój obiad reaguje chęcią powrotu na zewnątrz, a raportujący pochłaniają w tym czasie paluszki. Smacznego, twardziele.

Dalej jest już nieco łagodniej. Troszeczkę. Fanatyczka karmienia piersią z delikatnością godną trebucheta z Age Of Empires wytłumaczy “butelkowcom”, jak zniszczyły życie swoim dzieciom. Po jej występie następuje prelekcja na temat wyższości chustowania nad wózkiem. Później już tylko temat “spać z dzieckiem czy osobno?” oraz mój ulubieniec: “alergie i uczulenia”. Nawet nie wiedziałem, że istnieje tyle rodzajów wysypek, krostek i innych tworów skórno-podskórnych. Jedna z “dobrych” wymieniając składniki, których nie może spożywać wyraźnie się ożywia. Żyła na jej skroni pulsuje coraz szybciej… Ciśnienie wzrasta… jajka – 110, ser kozi – 120, czekolada – 130, orzechy – 140, znowu jajka – 150!

Wybija 14:00. Koniec zajęć. Prowadząca uratowała co najmniej jedno życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiadom o komentarzach: