Jesteśmy w Walencji! – długa podróż samochodem z dzieckiem. I psem.

Cała trasa (Niemcy, Francja, Hiszpania) wyniosła 2550 km i zajęła nam dokładnie 36 godzin, w tym zaliczyliśmy jeden ok. 5-godzinny nocleg w hotelu (Sonia na dłuższy nie pozwoliła) i sporo przerw w drodze na wyprostowanie kości zwłaszcza sońkowych.

Jak wytrzymała 3-miesięczna Sonia tak długą podróż?
Otóż bardzo dobrze. Spodziewałam się znacznie gorszej jazdy i częstszych przystanków. Wyjeżdżając we wtorek o 18:00 świeżo wykąpana i najedzona Sonia zasnęła niemal natychmiast. Pierwsze postękiwanie z głodu nastąpiło około 22:00, zatem zatrzymaliśmy się na pierwszym postoju autostradowym – szybkie karmienie na tzw. śpiocha i z powrotem zapakowaliśmy Sonię do fotelika bez jakiegokolwiek protestu z jej strony. Drugi głód dopadł Sonię po 2:00, zatem zjechaliśmy przy pobliskim hotelu i tam też już nocowaliśmy. Zrobiliśmy 800 km.

Następnego dnia wyjechaliśmy około 9:30. Przystanki w trakcie dnia były znacznie częstsze niż nocą. Sonię karmię tylko piersią, więc na dobrą sprawę nie wiem, ile zjada jednorazowo i tym samym nie jestem w stanie przewidzieć, kiedy nastąpi kolejne karmienie, dlatego też na jakiekolwiek pokwikiwanie (nawet co godzinę) robiliśmy postój i przeważnie wiązał się on z natychmiastowym karmieniem. Pogoda nam dopisała – było dość ciepło, jednak nie upalnie. Postoje przebiegały następująco: karmienie i noszenie Sonii, zmiana pieluchy, “wyciąganie” kości – my na stojąco, Sonia w samochodzie na leżąco. Na jednym z dłuższych postojów urządziliśmy mini piknik, rozkładając koc na trawniku i takim sposobem dojechaliśmy w czwartek o 5:00 nad ranem do Walencji.

Generalnie nie zauważyliśmy w Sonii zachowaniu czegokolwiek, co mogłoby wskazywać na dużą niewygodę związaną z siedzeniem w jednej pozycji. Może mamy wybitnie bezproblemowe dziecko, a może przysłużył się do tego wygodny fotelik od X-Landera. Podróż na pewno nie była Sonii najprzyjemniejszym doświadczeniem, jednak z tyłu siedząc, czuwałam nad jej każdym grymasem.

Sonia, podczas postojów uprawiała gimnastykę samochodową i nabyła nową umiejętność składania rąk i świadomego pakowania ich do buzi…

…próbowała także ułożyć z dłoni serduszko <3 ;-) ... [gallery ids="4695"] ...w trakcie jazdy, często skutecznie, chwytała pasy od fotelika... [gallery ids="4705"] ...a w zasypianiu pomagała wisząca nad Sonią małpka. [gallery ids="4706"] A jak Zoltan?
Zoltan generalnie jest dość leniwym z natury psem, dlatego siedzenie w jednym miejscu nie stwarza mu problemu. Jechaliśmy autostradą, więc nie było też wybojów, które mogłyby go irytować. W trakcie postojów przeciągał się z nami i nie miał problemu z wskoczeniem z powrotem do samochodu.

Niewątpliwie my byliśmy o wiele bardziej zmęczeni, niż bylibyśmy robiąc tę trasę we dwoje. Jednak jeśli się tego chce, wszystko można pogodzić – dziecko, psa i wakacje.

Poniżej zachód słońca we Francji (foto przy prędkości 160km/h przez brudną szybę;-) )

A na koniec bagażnik zagospodarowany co do cm³. Dobrze, że stelaż wózka ładnie się kompresuje, bo moglibyśmy mieć spory problem…

Sponsorem akcji Aktywni Rodzice jest producent wózków dziecięcych marki X-Lander. Zgodnie z zasadami współpracy sponsor nie ingeruje w treść wpisów - przedstawiają one niezależne zdanie Odjechanych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiadom o komentarzach:

  1. Czy dla psa jedynym zabezpieczeniem był ten pas? Tyle piszecie o bezpieczeństwie dziecka w samochodzie, spodziewałam się że w kwestii bezpieczeństwa psa podejście będzie bardziej poważne.
    Długo szukałam bezpiecznego sposobu przewożenia psa i w końcu kupiłam wzmacnianą uprząż, która jest przypinana do samochodu za pomocą mocnego karabińczyka – to było jedyne sensowne rozwiązanie które znalazłam.

    Warto przemyśleć tą kwestię, zwłaszcza że nie chodzi tylko o bezpieczeństwo psa, ale też pasażerów (źle przypięty lub nieprzypięty pies będzie w czasie zderzenia śmiercionośnym pociskiem).

    1. Generalnie Zoltana przewozimy w bagażniku, gdzie robimy mu na tyle mało miejsca, aby mógł jedynie się obrócić i zmienić pozycję leżenia. Wyjątkowo teraz jechał z przodu ze względu na ilość rzeczy, jaką zabraliśmy.
      Wstyd się przyznać, ale o przewożeniu psa w kontekście jego bezpieczeństwa w ogóle nie zastanawialiśmy się. Pogrążając się – pas był zapięty, bo czujniki siedzenia tego wymagały… Nie przewozimy psa na tylnym siedzeniu, aby nie był “śmiercionośnym pociskiem”, a z przodu są poduszki powietrzne.

      Dzięki za zwrócenie na to uwagi. Po powrocie do Polski musimy coś z tym zrobić…

      1. Ja też długo o tym nie myślałam, potem kupiliśmy w zoologicznym zwykłą smyczkę z taką metalową końcówką jak pasy bezpieczeństwa, którą wpina się tam gdzie pasy. Przejrzałam na oczy kiedy zaczęłam się interesować fotelikami dla dzieci i trafiłam na crash testy pokazujące psy przypięte właśnie takimi smyczkami – dopiero wtedy uświadomiłam sobie że właściwie to nie jest żadne zabezpieczenie – pęka przy zderzeniu nawet przy niewielkich prędkościach. Szkoda że jeszcze tak mało się u nas o tym mówi, niewiele znalazłam informacji po polsku (były głównie o klatkach do bagażnika), o przewożeniu większych psów na miejscu pasażera dowiadywałam się z tekstów po angielsku czy niemiecku. Dlatego poruszyłam temat, warto żebyśmy zaczęli o tym szerzej rozmawiać.