Dlaczego wychowujemy przegranych?

Zuch popełnił kilka miesięcy temu tekst Wychowujemy przegranych. Trafiłem na niego dopiero wczoraj. Okazuje się, że Maciek poruszył w nim temat, który od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie.

Nie mam wątpliwości co do tego, że podejście do wychowania dzieci (szczególnie w wieku okołopodstawówkowym) zmieniło się w ciągu ostatnich kilkunastu lat diametralnie. Przykład? Moja mama odprowadziła mnie do szkoły dokładnie raz – pierwszego dnia zerówki. Nie odbiegało to drastycznie od normy w mojej miejscowości – oczywiście dzieci są różne i w różnym tempie się usamodzielniają, ale generalnie w okolicy 2 klasy znakomita większość drogę do szkoły pokonywała samodzielnie. Co ważne, nie była to osiedlowa szkoła w dużym mieście. Dojazd do podstawówki polegał na spacerze na przystanek autobusowy (jakieś 500 m, częściowo przez las), przejechaniu ponad 2 km autobusem i kolejnym kilkusetmetrowym spacerze. Dzisiaj taki model jest raczej nie do pomyślenia.

Pamiętam kupowane po lekcjach (3-4 klasa podstawówki) dziesiątkami petardy i eksperymenty w piaskownicy. Pamiętam przekładanie kamieni leżących pomiędzy podkładami kolejowymi na tory i czekanie na pociąg, który je zmieli na drobny pył. Tak, tak – przez moją miejscowość przejeżdżał kilka razy dziennie w żółwim tempie pociąg towarowy, a tory były jednym z naszych placów zabaw. Pamiętam budowane podczas wakacji domki na drzewie i drążone w hałdach ziemi tunele. To przecież nawet bardziej ryzykowne od historii Zucha o replice noża Rambo. W czasach mojej podstawówki obdarte łokcie i kolana były standardem od najmłodszych lat.

Często słyszę, że “czasy się zmieniły” i “dzisiaj jest bardziej niebezpiecznie”. Serio? Warto porównać dane statystyczne dotyczące przestępczości (szczególnie tej brutalnej) bo wynika z nich, że ilość przestępstw maleje. Ilość wypadków drogowych i ich ofiar w porównaniu z okresem pierwszych klas mojej podstawówki spadła o ponad 50% (!) pomimo niemal 3-krotnie większej ilości zarejestrowanych pojazdów.

Jak to się stało, że docieraliśmy szczęśliwie do szkoły? Jakim cudem nie doszło do tragedii? Czy to wyłącznie kwestia statystyki i szczęścia, że nikomu nic się nie stało? I najważniejsze – gdzie postawić granicę? Przecież w tamtych czasach rodzicom (nie tylko moim oczywiście) nawet przez myśl nie przeszło, że 10-latkowie bawią się petardami, a co za tym idzie nie przestrzegali nas przed nimi. Nie było kasków, gumowych placów zabaw, telefonów komórkowych z GPSem śledzącym dzieci.

Rozsądek przede wszystkim. Ważne, żeby nie przeholować w żadną stronę. To właśnie umiejętność stawiania granic w odpowiednim miejscu jest dla mnie jednym z największych wyzwań wychowawczych. To wyzwanie zaczyna się już dzisiaj – chociażby w temacie kontaktu kilkutygodniowej Sońki z 35-kilogramowym Zoltanem.

Macie kilka wolnych minut? Zobaczcie tę prezentację:

Sponsorem akcji Aktywni Rodzice jest producent wózków dziecięcych marki X-Lander. Zgodnie z zasadami współpracy sponsor nie ingeruje w treść wpisów - przedstawiają one niezależne zdanie Odjechanych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  1. Jakim asetem w procesie wychowania jest sprzedawanie petard nieletnim, późniejsza ich zabawy nimi? Artykuł niestety jest głupi jak but i przepełniony sentymentalnymi dyrdymałami pod przykrywką opisu dawnego lepszego świata. Nie – nie był on lepszy, sam podałeś statystyki to potwierdzające.