Rowerami do Playa Ancon

Podczas pobytu w Trinidadzie, jeden dzień poświęciliśmy na wyprawę plażowo – rowerową. Do leżącej 15km na południe od Trinidadu – Playa Ancon – dostaliśmy się wypożyczonymi od “przyjaciela znajomego” rowerami. [ “przyjaciel znajomego” – Kubańczycy są ogromnie względem siebie życzliwi, co objawia się ubijaniem ulicznych interesów. Kobieta, u której mieszkaliśmy, załatwiła nam jednoślady od przyjaciela jej sąsiada, a taksówkę od znajomego jej serdecznego przyjaciela; oba polecenia zapewne zaprocentowały :) ] Rowery do wyboru: bez przerzutek, z przerzutkami nieczynnymi (ustawienie przerzutki za pomocą kamienia przy zębatce), bez regulacji siedzenia, z blokującym się pedałem… było w czym wybierać^^ – 3CUC/sztuka/dzień.

Sześcioosobową ekipą wybraliśmy się rankiem w kierunku plaży. Po drodze minęliśmy port rybacki, na teren którego, mimo długich pertraktacji dźwiękowo-migowych z ochroniarzem (nie udając znajomości hiszpańskiego) nie można było wejść.

Generalnie 15km rowerem to pikuś. Jednak 15km kubańskim rowerem w słońcu kubańskim i bez grama kubańskiego cienia i grama wody to istny wyczyn! Zmęczeni i spragnieni dotarliśmy do celu. Podróż została dość szybko zrehabilitowana zimnymi piwami i drinkami, dzięki plażowemu kelnerowi, stale doglądającemu wszystkich plażowiczów.

O kolorze piasku, wody pisać nie będę – wszystko widać na załączonych obrazkach. Na uwagę jednak zasługują dwie anegdotki z tego tripu – sesja zdjęciowa i obiad.

Sesja. Wybraliśmy się we dwoje na spacer wzdłuż plaży (przez małą ilość plażowiczów dosyć szybko zostaliśmy, wydawałoby się, sami). Zrobiliśmy kilka przystanków na zdjęcia, aż dotarliśmy do pięknego kamienistego wybrzeża, otoczonego gęstymi drzewami, dzięki którym miejsce to sprawiało wrażenie odciętego od reszty części plaży. Zadowolona zaczęłam się prężyć przed Pawłowym obiektywem, do czasu, gdy ciemna twarz mignęła zza krzaka. Za kolejnymi drzewami tych twarzy było więcej… Długo nie zastanawialiśmy się, która roślinność poruszana jest wiatrem, a która innymi zjawiskami. Szybko dotarliśmy do głównej drogi, na której leżały porzucone rowery, motocykle…

Obiad. Uprawiająć plażing (pozdrawiamy Łomżę) łamanym angielskim zagadał do nas Kubańczyk, proponując owoce morza, które aktualnie łowił jego przyjaciel. Bez dłuższego zastanawiania się, umówiliśmy się na konkretną godzinę na obiad, w restauracji, do której pan sympatyczny wskazał nam drogę. Bar, mimo że dawno nieczynny, opuszczony, przyjmował klientów głównie pijących piwo. Dostaliśmy, co zamówiliśmy. Ze smakiem zjedliśmy, rachunek dostaliśmy ręcznie pisany, zapłaciliśmy. Nie zdążyliśmy odejść kilku kroków, a panowie “prowadzący” bar, szalenie ucieszyli się na widok pieniędzy, które zostawiliśmy. Po szybkiej analizie doszliśmy do wspólnego wniosku; ryby i ośmiornice sami złowili, a ryż i surówki zapewne przynieśli z pobliskiej restauracji hotelowej. Zysk dla nich 100%, co przekładając na zarobki przeciętnego Kubańczyka, było kilkumiesięczną pensją. I wszyscy byli zadowoleni :)

Po dniu pełnym wrażeń, opaleni wróciliśmy do Trinidadu przy dziko malowniczym zachodzie słońca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *